czwartek, 12 kwietnia 2018

Wiosna, wiosna...

Po Świętach Skrzat poszedł do nowej szkoły.
Nowa pani, nowi koledzy, nowe zasady...
 
Każdy z maluchów ma zawieszoną tabliczkę z trzema kolorami, jak na światłach. Zielone, pomarańczowe i czerwone. Każdy dzień rozpoczynają od zielonego światła. Nie ważne, co się działo wcześniej. Za drobne wybryki przeskakują na pomarańczowe - ostrzeżenie. Jak maluch zbroi coś poważnego - dostaje na koniec dnia czerwone światło. Jeśli dzień skończy na zielonym - dostaje od Pani naklejkę do specjalnego zeszytu, za szesnaście naklejek jest wyjątkowa nagroda od Pani. Jeśli skończy na czerwonym - pakuje się zbója do bagażnika, wywozi do lasu i rzuca na pożarcie borsukom.
Żart... chyba...
 
Za czerwone jest rozmowa z Panią o tym, jak powinno się zachowywać, ustalanie jaki będzie kolejny dzień, przypominanie zasad grzecznego zachowania itd. Na razie (po sześciu dniach) Skrzat trzy razy skończył na zielono, dwa na pomarańczowo, raz na czerwono. Zobaczymy, jak będzie dalej. Na razie nowa Wychowawczyni faktycznie bardziej skłania się do nagradzania, niż do karania. Ma pełną informację o Skrzacie (dostarczyliśmy jego dokumentację techniczną, czyli opinie, orzeczenia i wyniki badań) i liczymy, że wspólnie damy radę z problemami w szkole.
Z ciekawostek, dwa miesiące temu - gdy Skrzat przerywał naukę z powodu przygotowań do operacji, ledwo czytał trzyliterowe wyrazy, a w dwusylabowych nagminnie przestawiał sylaby. Teraz, po nauce w domu, daje radę nawet z niektórymi trzysylabowymi wyrazami, chociaż sam w siebie nie wierzy i woli pięć minut sapać, jęczeć i marudzić, niż przeczytać dłuższy wyraz. Pytaliśmy, jak mu idzie czytanie na tle innych dzieci - "Na podobnym poziomie jak reszta grupy". Dziwne, bo w starej szkole podobno był jednym z najgorszych i oczywiście nie rokującym nadziei.
 
A poza tym robi się coraz cieplej i wiosenniej. Rozpoczęliśmy więc sezon lodowy.
 
Za zielone światło, któregoś dnia, Skrzat poszedł na lody.
- Śmietanowo-czekoladowy... Albo nie... Czekoladowy... Albo śmietankowy... Nie, dwukolorowy...
Zanim doszedł do budki z lodami, pięć razy zmienił zdanie.
- Proszę śmietankowo-czekoladowy! - zdecydował wreszcie i wyciągnął łapki do okienka po upragnionego, niestety małego, loda.
- Super, tata! - zdążył tylko wysapać i nawet nie dotknął loda językiem. Zrobił trzy kroki, zahaczył nogą o studzienkę kanalizacyjną i wyrżnął jak długi, unosząc rozpaczliwym gestem loda do góry. Taka pozioma Statua Wolności...
Niestety, lód wystrzelił z wafla i elegancko plasnął na chodnik.
Skrzat wstał i w szoku zaczął gryźć pusty wafelek. Nawet nie zdążył się popłakać.
- Trudno - odwróciłem jego wzrok od miejsca tragedii. - Weźmiemy jeszcze jednego, przecież to nie była twoja wina.
Pani obsługującej maszynę, też się chyba zrobiło go żal, bo zanim podeszliśmy przygotowała nową porcję i podała Skrzatowi. Gratis, na pocieszenie.
 
Potem jedziemy w aucie i opowiadamy Mamie całą historię.
 
- To jest skandal! - zaczynam burczeć i groźnie marszczyć brwi. - Ja to zgłoszę do Urzędu Miasta! Kiedy wreszcie burmistrz zrobi z tym porządek! Skandal!
- Ale.. to jest parking Kauflanda, a nie miasta - Mama cierpliwie tłumaczy mi co i jak.
- Aha.. A więc to przez niemiecki Kaufland nasz syn się wywrócił? Skandal! Żeby Niemcy znęcali się nad naszym, polskim dzieckiem!
Po chwili odzywa się Skrzat.
- To... wujek Tomek mnie pobił?
- Co?! - obydwoje odwracamy się do tyłu.
- No... Bo mówiłeś, że Niemcy mnie przewrócili, a przecież wujek pracuje w Niemcach...
Prawdziwy Sherlock Holmes... Jak on te puzzle poskładał, to ja nie wiem, ale zapewne mógłby pracować w jakiejś komisji śledczej.
 
Kilka dni później znów byliśmy na lodach.
Tym razem Skrzat wykazał się niesamowitym refleksem. Zaraz po tym jak językiem wypchnął gałkę z wafelka, złapał ją w locie i wcisnął z powrotem na miejsce. I teraz zastanawiam się czy Skrzat ma dalej chodzić do zerówki, czy jednak od razu oddać go do cyrku. Kariera murowana...
Jedno jest pewne. Ustawianie zbieżności wzroku nie poszło na marne.
 
Wreszcie jedziemy do domu. Blisko wieczora, wolno przez las.
 
- Patrz - pokazuję dłonią Mamie cudny brzozowy zagajnik. - Tutaj tyle ich rośnie, a my szukamy, gdzie je kupić.
Akurat jesteśmy na etapie kupowania brzózek do ogrodu. Szukamy i ładnej, i dużej, i taniej. Czyli wiadomo, bez szans na znalezienie.
- A to można tak wykopać w lesie?
- No pewnie, że nie można... Ale ładne są...
Skrzat oczywiście włącza się do rozmowy.
- Tata, będziemy wyrywać brzozę z lasu?
- Nie, no co ty, żartowałem.
- E, szkoda, ja bym mógł.
- Skrzat, ale tak nie wolno robić. Poza tym, zupełnie nie miałbym siły na wykopywanie i wyciąganie drzewa z lasu.
- A ja mam swoją dużą łopatę - Skrzat w ubiegłym roku dostał profesjonalną saperkę. - Mógłbym za jednym zamachem wyciągnąć całą brzózkę.
- ...
- ...
- Skrzat, naprawdę lepiej nie używać w jednym zdaniu wyrazów: brzoza i zamach, serio.
- ?
 
Nie będę mu tłumaczył czemu, ale lepiej chuchać na zimne...
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz