Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Reklama dźwignią handlu, czyli dni otwarte...

Ostatni tydzień minął pod znakiem "Dni Otwartych" w okolicznych szkołach podstawowych. Wybraliśmy się sprawdzić jak to wygląda, jaka kadra, jaka forma zajęć dla pierwszaków i zerówkowiczów, czy jest w ogóle sens zmieniać szkołę Skrzata.
 
Skąd ten pomysł? Już wspominałem, że mieliśmy pierwszą konstruktywną rozmowę z Wychowawczynią Skrzata. Konstruktywną, to znaczy nie opierającą się jedynie na wyliczeniach co Skrzat zbroił przez ostatni tydzień, jakich kar ma za mało, co zaniedbaliśmy jak rodzice i czego musimy go jeszcze nauczyć. Tu od razu pojawia się dygresja. Jeśli to my pytaliśmy o to, jak Skrzat radzi sobie w szkole z nauką zachowań w grupie, jak jest wspierany w budowaniu poprawnych relacji z kolegami, to dostawaliśmy odpowiedź sprowadzającą się do tego, że "szkoła uczy, a nie wychowuje" i że to rodzie powinni go nauczyć poprawnych zachowań społecznych. I tu się zgadzam, bo tak naprawdę, to rodzice (przynajmniej w tym wieku dziecka) odpowiadają za wykształcenie u niego odpowiednich zachowań. Tylko, że środowiska szkolnego, za Chiny, nie damy rady odtworzyć w domu, a biorąc pod uwagę moje małe doświadczenie pedagogiczne, wątpię, czy teoretyczne przygotowywanie w domu załatwi wszystko. Bo co z tego, że na przykład ostatnio ciągle bawimy się w układankę "Dobre Wychowanie", w której Skrzat dokładnie wie, które dziecko zachowuje się dobrze, a które źle, jak w szkole całą teorię diabli biorą.
No i jeszcze jedno.
Po cholerę, w Podstawie Programowej Wychowania Przedszkolnego, wprowadzono poniższe zapisy, nijak mające się do przedstawianej nam roli szkoły, czyli: "uczy, a nie wychowuje":

1) wspomaganie dzieci w rozwijaniu uzdolnień oraz kształtowanie czynności intelektualnych potrzebnych dzieciom w codziennych sytuacjach i w dalszej edukacji;
2) budowanie systemu wartości, w tym wychowywanie dzieci tak, żeby lepiej orientowały się w tym, co jest dobre, a co złe;
3) kształtowanie u dzieci odporności emocjonalnej koniecznej do racjonalnego radzenia sobie w nowych i trudnych sytuacjach, w tym także do łagodnego znoszenia stresów i porażek;
4) rozwijanie umiejętności społecznych dzieci, które są niezbędne w poprawnych relacjach z dziećmi i dorosłymi;
5) stwarzanie warunków sprzyjających wspólnej i zgodnej zabawie oraz nauce dzieci o zróżnicowanych możliwościach fizycznych i intelektualnych;
 
Wiadome jest, że nauczyciel sam nic nie zrobi i wymaga to dobrej współpracy pomiędzy nim, a rodzicami. Z tym, że po przeanalizowaniu na spokojnie ostatniego spotkania z Wychowawczynią, zauważyliśmy, że zgodnie z Jej opinią:
 
- przez pół roku u Skrzata nie nastąpiła żadna zmiana zachowań i Ona (Wychowawczyni) nie wierzy, że cokolwiek zmieni się w przyszłości,
- tak, oczywiście akceptuje proponowane przez nas pomysły na motywację Skrzata do dobrych zachowań, ale nie widzi szans na ich powodzenie,
- sprawdziła już, dosłownie WSZYSTKIE, metody wychowawcze i żadna nie ma szans powodzenia,
- generalnie uważa, że Skrzat jest celowo złośliwy, wredny i robi wszystko tylko po to, by mieć z tego jakąś chorą satysfakcję.
 
To teraz pytanie.
Jak ma dalej wyglądać współpraca między nami a Wychowawczynią, a bardziej między Wychowawczynią a Skrzatem, skoro minęło dopiero pół roku, a przed nimi jeszcze trzy i pół?
 
I stąd się wzięło nasze zainteresowanie Dniami Otwartymi.
 
Jak na razie nie złożyliśmy deklaracji kontynuacji nauki w obecnej szkole, w związku z tym Wychowawczyni zapowiedziała, żebyśmy nie liczyli, że w innej szkole problemy znikną. Wiadomo, że nie znikną. Ale jak na razie szukamy kogoś, kto może zechce współpracować i szukać sposobu na , a nie autorytarnie stwierdzi, że ten przypadek jest beznadziejny.
 
Właśnie, miałem pisać o Dniach Otwartych, a wyszło całkiem co innego.
 
To jeszcze tak na szybko.
W jednej z odwiedzanych szkół rozmawialiśmy z Nauczycielką, która opowiedziała, że ma w grupie dziewczynkę z ewidentną nadpobudliwością i brakiem koncentracji. I musi ją mieć w ławce tuż przed sobą i co chwilę zerkać co ona robi. I musi co parę minut przypominać jej o skupieniu się na zadaniu. I musi dostosowywać jej zadania do tempa jej pracy. I musi oceniać ją indywidualnie, zgodnie z jej postępami, a nie na tle grupy.
I co najdziwniejsze, Nauczycielka mówiła o tym z uśmiechem, a nie miną skazańca.

sobota, 17 lutego 2018

Kiedy wy umarniecie?

Sobota, więc bardzo krótki wpis. Wpisik właściwie.

Chyba warto zacząć od scenki, która zdarzyła się na początku listopada.
Skrzat uwielbia wszystkie "męskie" zadania do wykonania. Co jest raczej fajne i pozwala na wspólne spędzenie czasu. Mycie samochodu na myjni jest dla niego mega atrakcją. Jazda do mechanika, czy wymiana żarówek w aucie - jedne z najlepszych zabaw. I to nie dlatego, że są mega atrakcyjne, ale raczej przez to, że są wykonywane razem. Skrzat rośnie o około 30 centymetrów za każdym razem jak musi oznajmić Mamie, że teraz razem Tatą będą się zajmować męskimi rzeczami.

- Tata, to kiedy w końcu założymy koła?
- Nie założymy, tylko zmienimy. Z letnich na zimowe.
- To kiedy?
- W sumie przydałoby się to niedługo zrobić...
- Teraz?

Dla Skrzata wszystko co się dzieje, dzieli się głównie na: teraz i jutro. Przy czym ciągle zdarza się, że jutro oznacza wczoraj, albo przedwczoraj, albo tydzień temu, albo za dwa dni. Generalnie, można uznać, że wszystko dzieli się na teraz i nie teraz.

- W sumie możemy.

Idziemy do piwnicy. Turlanie kół z piwnicy na podwórko to jedna z atrakcji. Tym razem nie jedziemy do warsztatu, ale sami będziemy zmieniać koła na zimowe. Skrzat ma całą masę odpowiedzialnych zadań. Z uwagą wpatruje się w koło, żeby dać znać jak tylko podnoszone na lewarku auto oderwie się od podłoża.

- Tata! Już!

Po kolei szarpiemy się z kołami, zmieniając je na zimowe. Przy trzecim Skrzat stwierdza.

- Aha... To już wiem. Jak umarniesz, to już będę wiedział jak to się robi...

Po prostu super...
I tak co jakiś czas. A co będzie z waszym (ciągle nie może się nauczyć, że nasze to również jego) mieszkaniem jak umarniecie? A kiedy wy umarniecie? A z kim będę jeździł do przedszkola jak umarniecie?

Początkowo szlag nas jasny trafiał. Potem, po rozmowach z psychologiem wyszło, że Skrzat chyba faktycznie nie jest ciągle pewien czy to już. Czy wreszcie ma spokój i przez dłuższy czas nic się nie zmieni. Teraz podchodzimy do tego bardziej na luzie...

Spoko, mały, na razie tego nie planujemy...

środa, 14 lutego 2018

Rodzic - notoryczny kłamca...

Zacznę jednak tematem okołowalentynkowym, jako że dzisiaj nawet Skrzat po wyjściu ze szkoły interesował się, ile kto dostał walentynek.

Rozmowa wydarzyła się koło końca października, gdy mały już trochę obył się kolegami i nowym środowiskiem.

Mama zaczepiła go mieszając jednocześnie warzywa na patelni:
- Ej, a ty masz tam w przedszkolu jakieś fajne koleżanki?
- No...
- A jakaś ci się podoba?
- No...
- A coś więcej, niż "No..."? - Skrzat w dalszym ciągu nie lubi mówić i skłanianie go do rozmowy odbiera jak znęcanie się nad dzieckiem. - Jak ona ma na imię?
- Yyyy... Nie pamiętam... - a to akurat nie dziwi. Po półtora roku widzimy, że 80 procent informacji przenika przez niego bez żadnego oporu. Zostają związane z obiecanymi wspólnymi atrakcjami, zabawami i jedzeniem. Chaotyczny zbiór zupełnie nieprzydatnych informacji - przykładowo: nie pamięta jak nazywa się "kierownica" w samochodzie (prawidłowa odpowiedź: "kierownica"), ale wie, że rycerze używali "kuszy" do strzelania.
- Bawiliście się razem?
- Tak! - uśmiecha się podejrzanie. - I całowaliśmy się w szatni!
Dobrze, że patelnia stała na gazie, a nie była w dłoniach Mamy, bo z pewnością wylądowałaby na podłodze.
- Co?!
- No... I potem poszliśmy na pizzę!
- Ale sami? Skąd mieliście pieniądze na pizzę?
- Od pani...
W sumie całkiem logiczna i prawdopodobna historia. Przynajmniej z perspektywy sześciolatka.
- Ale wiesz, chyba policja mogłaby was zatrzymać, widząc dwójkę takich maluchów idącą samemu na pizzę...
- Nie, bo my poszliśmy na taką małą pizzę. Dla dzieci.

"Wysoki sądzie, nie mam więcej pytań."

Kolejne dni mijały z większymi lub mniejszymi uwagami ze szkoły ma temat bałaganu w piórniku, gubienia kredek, rozwalania rzeczy w szatni. Codzienne dyskusje przed spaniem na temat jak się zachowywać w przedszkolu, stawianie punktów na tablicy za wykonywanie obowiązków i słuchanie pani/grzeczne zabawy z dziećmi, przypominanie rano w samochodzie na co ma zwracać uwagę w trakcie zajęć. Po kilku dniach pani pękła i zaczepiła mnie rano w szatni.

- Czy pana dziecko ma w domu jakieś obowiązki?
- No... Sprząta swój pokój, nakrywa do stołu, pomaga sprzątać ze stołu po jedzeniu, karmi psy...
- Dziwne, bo mi powiedział, że w domu nie musi nic robić.
- Nie, no ma kilka rzeczy którymi musi się zajmować.
- A rozmawiają w ogóle państwo z nim na temat tego jak się należy zachowywać?

Zdurniałem, bo co mogłem zrobić innego. Spoglądam na stojącego dwa mety dalej Skrzata, który zaczyna gapić się na wszystko dookoła tylko nie na mnie.

- Choć na chwilę - kiwam na niego głową. - Pani czy rozmawiamy w domu o twoim zachowaniu.

Mały wbija wzrok w podłogę i ani drgnie. Kolejny sukces wychowawczyni.

- Widzi pan! Państwo nie mają na niego żadnego wpływu! Sam mi powiedział, że w domu może robić co chce i nie ma za to żadnych kar! Skoro w domu nie sprząta i ma bałagan, to tak samo jest w szkole!

- Wie pani, ale on nie ma w domu przesadnego bałaganu. A przynajmniej w porównaniu do innych dzieci, które znamy. Jak ma posprzątać, to sprząta...

- Niemożliwe! - wychowawczyni z dezaprobatą kręci głową. - Wiem z doświadczenia, że jakie dziecko jest w domu, takie również w szkole. W szkole się nie słucha, bo w domu pewnie też się nie słucha! Zresztą, sam pan widzi. Nie podejdzie jak pan mu każe!

Zdurniałem po raz drugi. Już tak solidnie. Znamy dzieci wśród rodziny i znajomych, które w domu mają permanentny Sajgon i są jednym wielkim "NIE!!!!", a w szkole boją się w czymkolwiek podpaść. Znamy takich, którzy wyszaleją się w szkole, a w domu - aniołki. Znamy różne dzieci, różnych rodziców. Ale teoria, że dziecko jest takie samo w domu jak w szkole, jest dla mnie dość... odważna. Ale co ja się znam, ja dopiero niecałe dwa lata jestem ojcem. Durny ja. Wiem jedynie, że Skrzat ma lepsze i gorsze dni. Albo jest do rany przyłóż i sam lata z pytaniami w czym może pomóc, albo potrafi przy każdej czynności stękać jak galernik na łodzi. Albo sam bierze się za układanie serwetek na stołach i ścieranie kurzy z półek, albo potrafi zmiksować na podłodzie klocki, koraliki, resoraki i muszelki znad morza.

- Zapewniam panią, że w domu rozmawiamy o jego zachowaniu i przypominamy jak ma się zachowywać w szkole. Codziennie po południu, rano przed szkołą...

- Niemożliwe... - już po minie wychowawczyni widzę, że widzi przed sobą notorycznego kłamcę. - Sam mi powiedział, że w domu nie ma żadnych kar i nie musi nic robić. Nic dziwnego, że tak się zachowuje szkole. Muszą państwo coś z tym zrobić. Musi mieć bardziej dotkliwe kary!

I naprawdę nie wiem, czemu w tym momencie nie zgodziłem się z panią wychowawczynią, że wszystko co mówi Skrzat to zawsze szczera prawda. Może powinienem zrobić karczemną awanturę, jakim prawem wypuszcza dwoje dzieci samych do miasta i jeszcze daje im pieniądze na pizzę. Powinienem zgłosić do dyrekcji taką nieodpowiedzialność i narażenie zdrowia, a nawet życia dzieci. W końcu sam mi to powiedział, a skoro doświadczony pedagog wie, że sześciolatek zawsze mówi prawdę, to chyba niedoświadczony tata powinien się z tym zgodzić.

Durny ja...

wtorek, 13 lutego 2018

Kampania wrześniowa

Witamy w Familiadzie!

(tutaj darujmy sobie suchar pana Karola)

Pierwsze pytanie: Wymień trzy wady swojego dziecka.

1) głupieje w większej grupie, chcąc koniecznie zaistnieć,
2) ma problemy ze skupieniem się na poleceniach,
3) żywiołowo okazuje swoje emocje.

BING! Brawo, to jest najwyżej punktowana odpowiedź.

Ale wracając do tematu.

1 września - Skrzat zapakowany w garniturek, mama zapakowana w odprasowaną spódniczkę, tata zapakowany w samochód, bo nie zawsze da się urwać z pracy. Wszyscy podnieceni pierwszym dniem w szkole, Skrzat już od lipca szczęśliwy, że pozna nowych kolegów. Przemowy, apele, wystąpienia, sztandary, nuda...

Akurat przez pierwsze półrocze tak się złożyło, że to przez większość dni to mi przypadł zaszczyt/obowiązek* odwożenia Skrzata do zerówki. No i wiadomo, łeb nabity informacjami o konieczności jak najlepszej współpracy z nauczycielem, chęć do wspólnego zadbania o rozwój i edukację dziecka. Pierwsze dziesięć dni spokojnie. Skrzat zadowolony wraca z zerówki, Tatuś szczęśliwy, że latorośl się edukuje, Mama tradycyjnie przejęta, czy wszystko w porządku w szkole.

Po dziesięciu dniach odprowadzania malucha do szkoły, wychowawczyni  wreszcie dostrzega mnie na korytarzu (Hurra! Ustalimy jak zadbać o bezproblemową edukację malca!).

- Pan jest ojcem Skrzata? (imiona bohaterów zmienione)
- Tak.
- Od początku zauważyłam pewne problemy. Nie słucha poleceń, nie potrafi usiedzieć w miejscu, zostawia swoje rzeczy gdzie popadanie.

W sumie, ciężko powiedzieć, że mnie to zaskoczyło. Mały od początku ma, jak by to powiedzieć, "słaby kontakt z bazą". Nie wystarczy rzucić mu hasła: "Posprzątaj zabawki". Tak ma i próbujemy go tego oduczyć. Psycholog mówił o pamięci krótkotrwałej, nad którą musi pracować. Ćwiczy pamięć, a przed każdym poleceniem jest tradycyjne: "Hej, Skrzacie!" - "Tak, tato?" - "Zrób to." - "Dobrze!". Jeśli poprosimy jednocześnie o zrobienie dwóch rzeczy, po pierwszej zapomina co miał zrobić dalej (ale skubaniec pamięta, że dwa tygodnie temu obiecałem zabrać go na wspólne mycie samochodu). Wracamy do rozmowy...

- Dobrze, zwrócimy na to uwagę, będziemy mu przypominać jak ma się zachowywać w klasie i żeby sprzątał swoje rzeczy.
- To nie wystarczy. Czy Skrzat ma jakieś kary?

"Durny ja. Jeszcze nie wiem w jaką stronę zmierza rozmowa."

- Ma kary... Nie dostaje deserków, słodyczy. Jak coś zbroi ma szlaban na bajki. Dostaje dodatkowe ćwiczenia w zeszytach z zadaniami dla sześciolatków. Musi posiedzieć w swoim pokoju, przyjść powiedzieć co zrobił źle, zaproponować co zrobi na drugi raz.
- To za mało... On musi mieć kary, które odczuje bardziej dotkliwie.
- Wie pani co, szczerze mówiąc trudno nam coś więcej wymyśleć.

"Jakoś do tej pory dawaliśmy radę bez bardziej wyrafinowanych kar. Chociaż, wstyd mówić, zdarzyło się wydrzeć ryja, gdy Skrzat wyjątkowo dał w kość. I wszyscy potem czuli się do dupy, i również o tym rozmawialiśmy."

- Powtarzam, Skrzat musi mieć kary, które bardziej odczuje i będą dla niego bardziej dotkliwe.

"Aż chciałem zapytać, czy mam mu przypierd...".

- Dobrze, postaramy się coś z tym robić. Dziękuję za informacje.

15 września - rano. Radośnie drepczę do pani wychowawczyni z pytaniem, jak wyglądał ostatni tydzień.

- Wie pan co, ja nie wiem czy jest sens cokolwiek panu mówić, bo państwo i tak nic z tym nie robicie. On zachowuje się tak samo.

"Pierwszy raz dowiaduję się, że nie sprawdzam się jako rodzic. W ciągu tygodnia nie udało mi się zmienić zachowań i nawyków mojego syna. Pierdoła ze mnie."

- Dobrze, będziemy mu tłumaczyć. Prosiłbym za każdym razem o sygnał, co Skrzat robi źle, żebyśmy mogli rozmawiać z nim na temat zachowania.

- Wie pan co, ja nie mogę spędzać całych dni na opisywaniu, co on robi.

- Dobrze, proszę chociaż o sygnał, kropkę (elektroniczny dziennik), wtedy przyjdę, żeby dowiedzieć się o co chodzi.

Codziennie dreptam, żeby dowiedzieć się, że mały kręci się w ławce, wpada biegając w zabawie na inne dzieci, rzuca gumką po klasie. Wreszcie Skrzat faktycznie przegina. Przynosi z domu ozdobny kamyk (który miał na półce w pokoju) i w czasie lekcji rzuca do kolegi. Serio, durny pomysł mógł komuś głowę rozbić. Zgadzam się w pełni z wychowawczynią.

- Musi pan go dokładniej sprawdzać. Co zabiera do szkoły. On stanowi zagrożenie dla innych dzieci.

- Mam go rano przeszukiwać? Przecież mógł wziąć kamień z podwórka przed szkołą (Skrzat nie jest na tyle przebiegły i przyznał się, że przyniósł go z domu).

- To pana dziecko i pan odpowiada za to, co przynosi do szkoły.

W sumie racja. Od tej chwili rano zawsze rozmawiamy o tym, co zabiera do szkoły. Zawsze przyznaje się co bierze i pokazuje. Jakoś nie mam serca grzebać po kieszeniach. A co jak przemyci w dupie?

Kolejna uwaga i wezwanie. "Pacnął kolegę w głowę tekturową zakładką". Jak to było?

- Siedzieli w ostatniej ławce i Skrzat nagle klepnął kolegę w czoło.

- Skoro go cały czas tak nosi, to nie mogłaby pani go przesadzić do pierwszej ławki, żeby mniej się rozpraszał? Może to by pomogło?

- Wie pan, u mnie dzieci siadają jak chcą...

Studenci, kuźwa...

Dzień Zero...

Dzień dobry?

Można tak zacząć blog?

Pierwszy blog, pierwszy wpis, pierwsze dziecko, pierwsza adopcja...

No, to chyba najważniejsze już wyjaśniłem w zdaniu powyżej. Co jakiś czas zastanawiałem się, czy warto w ogóle coś pisać. Po co? Może ktoś przeczyta i pomyśli: "Mam, kurczę, tak samo...". Może ktoś przeczyta i odetchnie: "Całe szczęście, że to nie u mnie...". Może ktoś przeczyta i napisze: "Gościu, po co się brałeś za coś, na czym się zupełnie nie znasz!".

To może wypadało by zacząć od głównych postaci.

Skrzat (rany boskie, ale wkurzyłby się jakby przeczytał, że tak o nim piszę - "Tata, ja już jestem duży, a nie mały!") - czyli sześcio i pół latek, który jakimś cudem, niecałe dwa lata temu, trafił na naszą, wtedy jeszcze niepełną, bo dwuosobową, rodzinkę i zapytał: "To możemy bawić się teraz razem?"

Mama - która teraz już padła ze zmęczenia i stresu związanego z coraz lepszym poznawaniem sposobu funkcjonowania placówek oświatowo-pedagogicznych (przynajmniej mam czas usiąść do klawiatury).

Tata_skrzata - pewnie wyjdzie w trakcie co ze mnie za typ i dlaczego według niektórych zupełnie nie nadaję się na bycie odpowiedzialnym rodzicem.

Ale ponieważ, gdyby nie skrzat, to nie zaczynałbym tego bloga, wypadałoby napisać coś więcej o...

O samej adopcji. Przed którą przechodziliśmy szkolenie, w trakcie którego mieliśmy coraz pełniej w gaciach na samą myśl, co nas czeka (dowiedzieliśmy się dokładnie co może się nie udać, co może pójść nie tak, jakie problemy mogą nas czekać, na jakie choroby, zaburzenia i patologie możemy trafić, i tak dalej, i tak dalej...). Generalnie, byliśmy przygotowani na najgorsze, a te pary uczestniczące z nami w szkoleniu, które nadal widziały adopcję jako spełnienie marzeń i pełnię szczęścia, postrzegane były jako dość podejrzane.

O skrzacie. Czyli, wtedy jeszcze pięciolatku, który okazał się cudownym (cholera, a miałem nie używać takich eufemizmów) dzieckiem, nie wiedzieć czemu, doskonale dopasowanym do nas. Jasne, pełno rzeczy miał i ma do tyłu - jak na pięciolatka ledwo co się wysławiał, potykał się co chwilę na równej drodze, kredki służyły do zabazgrywania jednym kolorem całej kartki, plastelina do zlepienia w wielką bezkształtną kupę, a głównym celem życia wydawało się jedzenie, jedzenie, jedzenie, jedzenie...

Ale w ciągu półtora roku okazało się, że...
Podobnie jak my, gdy ma do wyboru łażenie po centrum handlowym, albo po lesie, prosi o wycieczkę do lasu. Zresztą, uwielbia wszystko, co żyje - tropi ślady zwierząt, zbiera kwiaty i zioła, opiekuje się naszymi psami. Gdy miał do wyboru siedzenie przed telewizorem albo wspólne gry - wyciąga pudło z ulubioną grą planszową. Rysuje coraz lepiej, uczy się pisać, mówi coraz wyraźniej i składniej (chociaż logopeda go nuuuuuudzi).

Czy jest idealnie? Na pewno nie. Co jakiś czas słyszymy, że "chyba wolelibyśmy innego chłopczyka" (to wtedy, gdy zgarnie porządny opierdziel za jakieś przewinienie, które wg nas jest skandaliczne, a według niego: "Ale o co w ogóle chodzi?"). Wciąż potrafi, gdy jest zestresowany, rzucić się na jedzenie (ale chyba dorośli czasem też tak robią, nie?). Nie potrafi nawiązywać kontaktów z rówieśnikami. To znaczy potrafi - teoretycznie. Nawet mądry psycholog jeden i drugi robił mu testy i mały wypadł rewelacyjnie. Wiedział jak się zachować w każdej sytuacji, wiedział jak zażegnać konflikt, wiedział jak pogodzić się z kolegą, wiedział jak włączyć się do zabawy, wiedział jak zareagować, gdy ktoś go zdenerwuje, wiedział wszystko - siedząc przy stoliku, z panią psycholog, sam na sam.

A potem przyszedł wrzesień, zerówka i cały teoretyczny plan szlag trafił.

Zanim Ruscy napadli na Polskę, czyli jeszcze przed 17 września, dowiedzieliśmy się od wychowawczyni, że "właściwie to nie wiem, po co mam z państwem rozmawiać, bo i tak nic z tym nie zrobicie".
Obecnie jest ciekawiej. Obecnie wiemy, że "problem nie leży w psychice dziecka, ale w braku kar dla dziecka, które bardziej dotkliwie by odczuł".

Ale to, jak to się często pisze, będzie tematem następnych rozdziałów.

Czyli, najpierw trochę retrospekcji, a potem jazda na bieżąco, bo naprawdę, robi się coraz ciekawiej, a znajomi i rodzina (zarówno z dziećmi hand-made jak i po adopcji) wpadają do nas, zamiast czytać Stephena Kinga.