poniedziałek, 5 marca 2018

Dwie twarze edukacji

Można powiedzieć, zarówno dosłownie jak i w przenośni.
 
Druga twarz edukacji okazała się uśmiechnięta, poczęstowała kawą, ciastem i owocami oraz na wstępie spotkania sprezentowała Skrzatowi czekoladowego zajączka. Tu na moment poczułem rozczarowanie, bo Skrzat mimo całej swojej przebiegłości i świetnego powonienia nie załapał, że w środku jest czekolada. Nic, do Wielkanocy nie będę wyprowadzał go z błędu.
 
Ale, po kolei.
 
Całkiem niedawno, okazało się, że Mama Skrzata zna kogoś, kto trochę lepiej od nas orientuje się w zasadach funkcjonowania lokalnych instytucji pedagogicznych. Zdarza się. Czasem też się zdarza, że ktoś taki chce zupełnie bezinteresownie pomóc w zmaganiach z wpasowaniem Skrzata w tryby machiny edukacyjnej. Czasem też się zdarza, że po przeczytaniu bloga, ktoś stwierdza, że albo coś jest faktycznie nie tak, albo autora zdecydowanie ponosi wyobraźnia. Tutaj, na szczęście, zdarzyła się ta pierwsza opcja. Cóż, zdarza się.
 
Na szczęście, w tym wypadku, wszystko na raz.
 
Tak więc, zapakowawszy Skrzata we w miarę niezużyte ubranko, załadowaliśmy się w samochód i wybraliśmy się na spotkanie.
 
Druga twarz edukacji miała więc okazję zobaczyć Skrzata zarówno siedzącego grzecznie przy stole i wyszywającego lokomotywę czerwoną nitką, jak i skaczącego dziko po jej kanapie, robiącego karkołomne fikołki. Chyba wyglądaliśmy na trochę spanikowanych (a nuż uzna, że Skrzat to faktycznie porażka pedagogiczna, chodząca definicja ADHD i przyszła patologia w jednym?), bo usłyszeliśmy jedynie pytanie:
 
- Czy wy serio myślicie, że z jego zachowaniem jest coś nie tak?
 
A bo ja wiem? Jak się od pół roku słyszy, jakie to się ma niewychowane dziecko, można zwątpić.
 
Pogadaliśmy o wszystkim i o niczym. Najważniejsze, że tym razem nie rozmawialiśmy z "ciałem pedagogicznym", ale z osobą, która patrzy na wszystko przez pryzmat własnych przeżyć i doświadczeń odnośnie wychowania dzieci. Zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.
 
Jeszcze bardziej najważniejsze (może to głupi zwrot, ale faktycznie tak jest), było to, że usłyszeliśmy o szansie na realną pomoc. Żeby poszukać (wspólnie, co daje większe szanse powodzenia) Skrzatowi nauczyciela, który stwierdzi, że jednak ze Skrzatem da się jeszcze pracować inaczej, niż przez wysłanie go do Guantanamo lub San Quentin. Żeby poszukać nauczyciela, który będzie z nami rozmawiał, a nie jedynie nas informował. Żeby poszukać całego zaplecza pedagogicznego (a szkoły mają tego sporo bo i psychologa się trafi, i pedagoga), które weźmie pod uwagę wszystkie problemy i zaburzenia z jakimi boryka się Skrzat.
 
Zobaczymy.
 
Jak to mówił prezes Ochódzki w "Misiu" Barei: "Jedziecie do stolicy kraju kapitalistycznego. Który to kraj ma być może nawet tam i swoje… plusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów!"
 
A nam akurat chodzi o to, "żeby minusy nie przesłoniły plusów".

sobota, 3 marca 2018

Krwawa historia

Dzisiaj przed południem Skrzat przestał mówić.
 
To znaczy, nic mu się nie stało, ale zaczął się porządnie ruszać pierwszy ząb. Wszystko było dobrze, śmiechy i dzwonienie do babci z newsem dnia, do momentu pojawienia się na dziąśle krwi. Gdybym dzień wcześniej nie widział jak spokojnie Skrzat pozwala na pobranie krwi, to pomyślałbym, że rzeczywiście ma jakąś fobię. Siedział tylko z otwartymi ustami i przyłożonym do zęba wacikiem, a dookoła ciekła mu ślina. Naprzeciwko niego siedział nasz pies, dziwiąc się, że ktoś z "człowieków" może się ślinić bardziej od niego.
 
- Skrzat, nie martw się - starałem się go pocieszyć. - Ja swojego pierwszego mleczaka zjadłem z pączkiem.
Nie pomogło. Chyba nawet wizja, przesuwającego się w brzuszku zęba, jeszcze bardziej go przeraziła. Z rykiem poleciał do lustra.
- A wiesz, że Babcia też miała mleczaki i jej wypadły? - Mama szukała kolejnego tematu do zajęcia Skrzata.
- Nachachdę? - wystękał z otwartymi ustami. - Chachci tech?
Chyba myślał, że w czasach, gdy Babcia była mała, ludzie nie mieli jeszcze mleczaków.
- Chcesz zadzwonić do Babci?
Kiwnął głową. Dzwonimy.
- No zapytaj Babcię - Skrzat dostaje telefon do ręki.
Jednak nie będzie rozmawiał. Woli siedzieć z otwartymi ustami i nie ruszać ruszającym się zębem, który już zresztą trzyma się chyba tylko siłą woli.
 
Mama sięga po ostateczny argument.
- Mamy sernik na zimno, no ale chyba będziemy musieli przenieść poczęstunek na jutro, co?
Skrzat z przejęcia zamyka usta. Wybiega do łazienki i po chwili wraca z pęsetą w ręku.
- Wychywamy! - krzyczy przerażony wizją oddalających się słodkości.
- Spokojnie, pokaż najpierw czy ten ząb w ogóle się jeszcze trzyma - wołam go do siebie i biorę w palce płatek kosmetyczny.
I faktycznie po dotknięciu ząb zostaje na płatku.
- Idź wypłucz buzię, bo masz jeszcze troszkę krwi - wysyłam go do łazienki, ale Skrzat z otwartymi ustami, gubiąc różowe krople pędzi do lustra w przedpokoju.
- O jechu! - wzdycha.
- Wypłuczesz, to napijesz się chłodnego napoju i dostaniesz sernik, ok?
Skrzat momentalnie znika sprzed lustra i przez dłuższy czas płucze paszczę nad umywalką.
- Już nic nie leci - odzyskuje wreszcie normalny głos. - Idziemy na ciasto?
 
Udało się. Jeszcze tylko dziewiętnaście takich akcji i mamy spokój...

piątek, 2 marca 2018

Testy, testy, testy...

Dzisiaj Skrzat wreszcie wylądował w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej na badaniu gotowości szkolnej. Udało nam się przyspieszyć przeprowadzenie badań na tyle, że przed zakończeniem naborów do szkół, powinniśmy z większą pewnością wiedzieć, co dla niego będzie lepsze.
 
Na pierwszy ogień poszła Pani Pedagog. Około półtora godziny testów, opisywanie obrazków, opowiadanie historyjek, pisanie, liczenie, głoskowanie, konkurs wiedzy ogólnej. Wyszło, że szkoła spełnia swoje podstawowe zadanie, bo patriotycznie Skrzat jest przygotowany bardzo dobrze. Flaga, godło, hymn, mapa Polski. Matematycznie, może nie geniusz, ale na pewno plasuje się powyżej przeciętnej. Głoskowanie, sylabizowanie, generalnie, wszystko, co jest związane ze słuchem, leży. Pisanie dość dobrze, co prawda może trochę wolno, ale daje radę. Litery zna, z czytaniem gorzej. Opowiadać mu się po prostu nie chce (to, o co go ciągle męczymy w domu). Uważa, że powiedzenie jednego wyrazu załatwia sprawę. W międzyczasie częste rozpraszanie się, zniechęcanie do zadań, znudzenie. Podsumowując, jeśli chodzi o wiedzę i możliwość uczenia, dałby sobie radę, niestety gorzej z koncentracją i motywacją.
 
Potem trochę przerwy, wyskoczyliśmy na obiad i powrót, tym razem do Pana Psychologa. Początek może i był dobry, ale w połowie zadań Skrzat po prostu odmówił współpracy, wlazł pod biurko (podobno: "Musiał tam sprawdzić, czy też dobrze słychać co Pan mówi.") i skończyło się na umówieniu na inny termin. Chociaż to też daje jakąś informację, na jakim etapie przygotowania szkolnego jest Skrzat.
 
Rano, przed tym wszystkim, wypadło jeszcze skrzatowi badanie krwi. O dziwo, wszystko poszło bez wrzasków i awantur. Jedynie w połowie pobierania, patrząc na wyciekającą z niego krew, zapytał: "Kiedy Pani to ze mnie wyjmie?". Potem szybkie śniadanie w aucie i testy o których pisałem powyżej.
 
W międzyczasie, póki Psycholog i Pedagog grzebali mu w głowie, skoczyłem do szkoły Skrzata po książki i zeszyty, żeby mały mógł przez weekend nadrabiać zaległy tydzień (było lekkie przeziębienie i spędził trochę czasu w domu). Jakoś moja wizyta nie wzbudziła entuzjazmu, czemu się nie dziwię, bo przez ostatni tydzień Wychowawczyni mogła odetchnąć od Skrzata, a tu w piątek przyłażę ja i przypominam o całym tym koszmarze, jaki przydarzył się Jej w związku z próbami edukacji (nie mylić z wychowaniem) naszego malca. Wychowawczyni ożywiła się dopiero, gdy potwierdziłem, że faktycznie, na razie nie zadeklarowaliśmy, że Skrzat będzie kontynuował naukę w tej samej szkole i bardzo możliwe, że przeniesie się do innej. Co prawda nic nie skomentowała, ale pełnię jej odczuć wyraził jeden z kolegów (mniej lubianych przez Skrzata), który słysząc o czym rozmawiamy zaczął skakać dookoła, wrzeszcząc, że to wspaniała wiadomość i wreszcie będzie miał spokój ze Skrzatem. Ja na Jej miejscu poszedłbym się ze szczęścia upić.
 
Przy okazji spotkań z Psychologiem wyszło ponownie, że to co się dzieje w domu, a w szkole to dwa różne światy. Gra "Memory" - w domu, bez żadnego pobłażania Skrzat rozwala mnie w większości gier. Zresztą, jeśli chodzi o moją pamięć, to zastanawiam się, czy sam bym dostał pozytywną opinię o gotowości szkolnej. Pani psycholog rozkłada "Memory" z 10 kart (pięć par). I co? Totalna porażka, Skrzat przegrywa sromotnie, tak jakby w życiu w to nie grał i nawet nie wiedział o co w tej grze chodzi.
 
I weź się upieraj w rozmowach z innymi, że "w domu takich problemów nie mamy"...

wtorek, 27 lutego 2018

Teoria a praktyka...

Ustaliliśmy z Wychowawczynią sposób motywowania, ale również oznaczania niewłaściwych zachowań, Skrzata w czasie zajęć. Teoretycznie...
 
Po rozmowach z pedagogiem, Mama przygotowała specjalne karty na których Skrzat będzie w czasie zajęć zarówno zaznaczał swoje sukcesy (kolorując uśmiechnięte słoneczka) jak i porażki (skreślając już zdobyte punkty) dotyczące nie przeszkadzania w prowadzeniu zajęć, wykonywania poleceń, grzecznych zabaw z dziećmi oraz uważaniu na dzieci w czasie zabawy. W zamian za to ma mieć w domu różne nagrody, a jeśli będzie widział, że złe zachowanie odsuwa nagrodę, bo traci wcześniej zdobyte punkty, to z czasem załapie, że warto bardziej skupiać się na poleceniach Pani. Teoretycznie...
 
W domu to działa. Skrzat dostaje zadania (sprzątanie, karmienie zwierzaków, grzeczne odrabianie ćwiczeń z pisania i rysowania) za które dostaje punkty i widać, że chociaż z trudem, potrafi się o to postarać. Po pierwszych dwóch dniach w zerówce, widać, że coś nie gra.
- Ja wszystko robię źle... Nic, nigdy nie umiem... - zaczyna buczeć przy stole.
- Skrzat, ale o co chodzi?
- No bo ja muszę skreślać nawet te obrazki, których nie zamalowałem... Wszystko robię źle...
 
I tak wygląda szkolny system motywacji. Ja wiem, że może jestem trochę głupi co do metod motywowania dziecka, ale z tego co czytałem, to polega na tym, żeby wskazywać głównie co robi dobrze (zaznaczając również porażki - skreślane słoneczka). Warto tak dobierać zadania i rzeczy nad którymi maluch ma pracować, żeby codziennie pokazywać mu: "Może to i to Tobie nie wyszło, ale zobacz ile rzeczy porobiłeś dobrze i ile potrafisz. Co prawda umówiona nagroda, niestety, troszkę się odsunie, ale widzę i sam widzisz, że potrafisz ładnie pracować i wierzę, że będziesz dalej się starał". Tymczasem w szkole zastosowano metodę: "Może i jedną rzecz zrobiłeś dobrze, ale poza tym patrz,  wszystko co robisz, robisz źle". Jak wiem, że może wymyślenie jak i co punktować jest trudne, ale w rozmowie z Wychowawczynią staraliśmy się podrzucić kilka pomysłów, które mogą zadziałać. No, ale to nie my jesteśmy specami od wychowania.
 
Na koniec dwie krótkie scenki. Druga bez związku z tematem.
 
Jesteśmy na spacerze w lesie. Skrzat zaczyna jęczeć.
- Tata, daj mi psa do poprowadzenia na smyczy.
- Przestań, Skrzat, przecież on jest dla Ciebie za silny.
- Ale ja wiem jak prowadzić...
- Jeszcze Ciebie wywróci.
- Nie, ja przecież potrafię z nim chodzić...
 
Rzeczywiście, teoretycznie to potrafi. Daję mu smycz z informacją, żeby co chwilę lekko szarpnął smyczą, żeby psiak czuł, że ktoś go prowadzi i nie brykał. No i jak co, to ma krzyknąć: "stój!" i nasz czworonóg stanie.
Skrzat w siódmym niebie, dumny "pan" psa idzie jakiś kawałek, ale po chwili zaczyna się nudzić. Bo co będzie tak człapał i człapał. Zanim się zorientowaliśmy rzuca hasło: "Biegnij!".
 
Tak bez kozery, mogę powiedzieć, że z metr w powietrzu to przeleciał...
Na szczęście puścił smycz, bo prawdopodobnie zrobiłby jeszcze z dwadzieścia metrów, a co ważniejsze wszystko działo się latem, na leśnej ścieżce pokrytej na środku trawą, więc skończyło się na szoku, bez kontuzji. Ale teoretycznie wiedział jak iść z psem...
 
I ostania rzecz.
Wczoraj wieczorem przychodzi do sypialni.
- Mama, a są takie szkoły, gdzie dwa dni się uczysz, a pięć masz wolne? - leniuszek jeden.
Wtrącam się do rozmowy.
- Są, studia.
- O, super! - ożywia się Skrzat. - To ja idę pakować talerze!
 
W sumie logiczne. Co jak co, ale mieć własny talerz w akademiku to podstawa.

niedziela, 25 lutego 2018

Reklama dźwignią handlu, czyli dni otwarte...

Ostatni tydzień minął pod znakiem "Dni Otwartych" w okolicznych szkołach podstawowych. Wybraliśmy się sprawdzić jak to wygląda, jaka kadra, jaka forma zajęć dla pierwszaków i zerówkowiczów, czy jest w ogóle sens zmieniać szkołę Skrzata.
 
Skąd ten pomysł? Już wspominałem, że mieliśmy pierwszą konstruktywną rozmowę z Wychowawczynią Skrzata. Konstruktywną, to znaczy nie opierającą się jedynie na wyliczeniach co Skrzat zbroił przez ostatni tydzień, jakich kar ma za mało, co zaniedbaliśmy jak rodzice i czego musimy go jeszcze nauczyć. Tu od razu pojawia się dygresja. Jeśli to my pytaliśmy o to, jak Skrzat radzi sobie w szkole z nauką zachowań w grupie, jak jest wspierany w budowaniu poprawnych relacji z kolegami, to dostawaliśmy odpowiedź sprowadzającą się do tego, że "szkoła uczy, a nie wychowuje" i że to rodzie powinni go nauczyć poprawnych zachowań społecznych. I tu się zgadzam, bo tak naprawdę, to rodzice (przynajmniej w tym wieku dziecka) odpowiadają za wykształcenie u niego odpowiednich zachowań. Tylko, że środowiska szkolnego, za Chiny, nie damy rady odtworzyć w domu, a biorąc pod uwagę moje małe doświadczenie pedagogiczne, wątpię, czy teoretyczne przygotowywanie w domu załatwi wszystko. Bo co z tego, że na przykład ostatnio ciągle bawimy się w układankę "Dobre Wychowanie", w której Skrzat dokładnie wie, które dziecko zachowuje się dobrze, a które źle, jak w szkole całą teorię diabli biorą.
No i jeszcze jedno.
Po cholerę, w Podstawie Programowej Wychowania Przedszkolnego, wprowadzono poniższe zapisy, nijak mające się do przedstawianej nam roli szkoły, czyli: "uczy, a nie wychowuje":

1) wspomaganie dzieci w rozwijaniu uzdolnień oraz kształtowanie czynności intelektualnych potrzebnych dzieciom w codziennych sytuacjach i w dalszej edukacji;
2) budowanie systemu wartości, w tym wychowywanie dzieci tak, żeby lepiej orientowały się w tym, co jest dobre, a co złe;
3) kształtowanie u dzieci odporności emocjonalnej koniecznej do racjonalnego radzenia sobie w nowych i trudnych sytuacjach, w tym także do łagodnego znoszenia stresów i porażek;
4) rozwijanie umiejętności społecznych dzieci, które są niezbędne w poprawnych relacjach z dziećmi i dorosłymi;
5) stwarzanie warunków sprzyjających wspólnej i zgodnej zabawie oraz nauce dzieci o zróżnicowanych możliwościach fizycznych i intelektualnych;
 
Wiadome jest, że nauczyciel sam nic nie zrobi i wymaga to dobrej współpracy pomiędzy nim, a rodzicami. Z tym, że po przeanalizowaniu na spokojnie ostatniego spotkania z Wychowawczynią, zauważyliśmy, że zgodnie z Jej opinią:
 
- przez pół roku u Skrzata nie nastąpiła żadna zmiana zachowań i Ona (Wychowawczyni) nie wierzy, że cokolwiek zmieni się w przyszłości,
- tak, oczywiście akceptuje proponowane przez nas pomysły na motywację Skrzata do dobrych zachowań, ale nie widzi szans na ich powodzenie,
- sprawdziła już, dosłownie WSZYSTKIE, metody wychowawcze i żadna nie ma szans powodzenia,
- generalnie uważa, że Skrzat jest celowo złośliwy, wredny i robi wszystko tylko po to, by mieć z tego jakąś chorą satysfakcję.
 
To teraz pytanie.
Jak ma dalej wyglądać współpraca między nami a Wychowawczynią, a bardziej między Wychowawczynią a Skrzatem, skoro minęło dopiero pół roku, a przed nimi jeszcze trzy i pół?
 
I stąd się wzięło nasze zainteresowanie Dniami Otwartymi.
 
Jak na razie nie złożyliśmy deklaracji kontynuacji nauki w obecnej szkole, w związku z tym Wychowawczyni zapowiedziała, żebyśmy nie liczyli, że w innej szkole problemy znikną. Wiadomo, że nie znikną. Ale jak na razie szukamy kogoś, kto może zechce współpracować i szukać sposobu na , a nie autorytarnie stwierdzi, że ten przypadek jest beznadziejny.
 
Właśnie, miałem pisać o Dniach Otwartych, a wyszło całkiem co innego.
 
To jeszcze tak na szybko.
W jednej z odwiedzanych szkół rozmawialiśmy z Nauczycielką, która opowiedziała, że ma w grupie dziewczynkę z ewidentną nadpobudliwością i brakiem koncentracji. I musi ją mieć w ławce tuż przed sobą i co chwilę zerkać co ona robi. I musi co parę minut przypominać jej o skupieniu się na zadaniu. I musi dostosowywać jej zadania do tempa jej pracy. I musi oceniać ją indywidualnie, zgodnie z jej postępami, a nie na tle grupy.
I co najdziwniejsze, Nauczycielka mówiła o tym z uśmiechem, a nie miną skazańca.

piątek, 23 lutego 2018

Z terrorystami się nie negocjuje...

... ale z drugiej strony, warto rozmawiać. Chyba. Bo czasami ma się ochotę terrorystę związać, zakneblować i zamknąć do szafy. Chociaż na dwie godziny. Ale potem rura mięknie, bo terrorysta potrafi być tak słodko niezdarny w tym swoim terroryzowaniu, że chwilami trudno zachować powagę.
 
Tak jak w czasie poprzednich wakacji.
Skrzat, zwany dalej w tym poście Terrorystą, ma straszne parcie na lody. Wiadomo, słońce, upał, odpoczynek. Z drugiej jednak strony, nie da się całe dwa tygodnie jechać na lodach. Tak więc pojechaliśmy rano do pobliskiego miasteczka po pieczywo, mleko i jakieś owoce do podgryzania na plaży.
Terrorysta od razu po wyjściu z auta wypatrzył wystawioną na ulicy ladę z lodami i zaczyna:
- Tata...
- Tak?
- Chciałbych (to popularny u niego zwrot) loda.
- Może później, na pewno nie przed śniadaniem.
- A po śniadaniu pójdziemy?
- Pewnie tak.
- Aha... A kiedy będzie śniadanie?
- No przecież przyjechaliśmy po bułki na śniadanie, nie?
- Aha...
Drepta obok, ale wyraźnie niezadowolony.
- A jak zamkną?
- Nie zamkną, dopiero otworzyli.
- A potem na pewno przyjdziemy.
- Skoro mówię, że tak, to przyjdziemy.
- A kiedy?
- Później.
- Po śniadaniu?
- No tak, po śniadaniu?
- Od razu?
- No nie od razu. Spokojnie, na pewno przyjdziemy.
- A kiedy?
- Skrzat, przestań gadać o lodach, bo jednak zmienię zdanie. Już nie chce mi się o nich słuchać.
Przechodzimy przez ulicę i wreszcie jesteśmy w piekarni. Ładujemy bułki z serem i jabłkiem do torby.
- Mama...
- Tak?
- Ja teraz nie gadałem o lodach, prawda?
- Tak, ale właśnie zacząłeś.
- Bo ja nie wiem, kiedy pójdziemy.
Powoli zaczynam mieć tego dosyć. Dreptamy do samochodu. Terrorysta tęsknym wzrokiem odprowadza oddalającą się lodziarnię. Wreszcie postanawia użyć ostatecznych argumentów.
- A chcecie zobaczyć jak chłopczyk wpada pod samochód?
No takiej groźby się nie spodziewaliśmy. Nie, na pewno nie chcemy. I co mu odpowiedzieć? Żeby z jednej strony nie pomyślał, że nam na nim nie zależy, a z drugiej, żeby nie doszedł do wniosku, że takie groźby działają. Dobra, trzeba go zagadać...
- A ciężarowy, czy wyścigowy?
- Co? - chyba nie takiej reakcji oczekiwał Terrorysta.
- No bo wiem, że tobie najbardziej podobają się kabriolety, prawda?
- No...
- A jaki kolor kabrioletu podobał by się tobie najbardziej?
- Różowy - sam nie wiem skąd u niego zamiłowanie do różowego koloru.
- Różowy? A nie czarny?
- Nie, różowy!
Przechodzimy na drugą stronę ulicy i idziemy wzdłuż portowego nabrzeża. Już wydaje się, że temat skończony a tu mały wypala.
- A chcecie zobaczyć jak dziecko wpada do wody?
Pomysłowością na zakończenie żywota zaczyna powoli doganiać Kojota z bajki o Strusiu Pędziwiatrze. Podchodzę do samej krawędzi nabrzeża i przywołuję go dłonią. Niepewnie podchodzi i ściskając mnie za rękę spogląda w dół. Daleko. Jakieś półtora chłopczyka w dół.
- Widzisz ile jeżowców? - pokazuję mu czarne kulki poprzyczepiane do kamieni. - Wiesz jak by ciebie pokłuły, jakbyś tam wpadł?
- Ciebie kiedyś pokłuły?
- Nie, ale uwierz, że to strasznie boli. Cały byś spuchł.
- I umarł? - tradycyjne pytanie z jego strony.
- No, nie wiadomo... To serio chciałbyś tam wpaść?
Kręci głową i odsuwa się na środek chodnika.
- Jedziemy na kwaterę. Śniadanie, potem plaża, a potem skoczymy na lody,  ok?
- No... - wzdycha ciężko i rzucając ostatnie spojrzenie na wielkiego, plastikowego loda rusza w stronę samochodu.
 
Niełatwe jest życie terrorysty...
 
Innym razem w domu. Skrzat, znaczy się Terrorysta, uwielbia bawić się w kuchnię. Miesza w kubkach makaron z ryżem, do tego igliwie, ścinki papieru, klocki lego (oczywiście te najmniejsze) i wszystko co jeszcze nadaje się do mieszania. Część tego ładuje w kubeczki i serwuje nam na tacy, część ląduje na stoliku, część zostaje dokładnie wtarta w dywan. Lata między salonem a swoim pokojem serwując nam coraz wymyślniejsze dania, wreszcie dywan zaczyna przypominać placek z kruszonką. Mama kilkukrotnie zagania go sprzątnięcia po sobie, bez efektu, wreszcie opiernicza małego kucharza tak, że Gordon Ramsay w "Piekielnej Kuchni" mógłby brać u niej lekcje. Terrorysta stoi z naburmuszoną miną, wreszcie odpala.
 
- Zobaczysz jak będziesz na mnie krzyczeć, to powiem mamie mojego kolegi z przedszkola! No i co?! Chcesz tego?!
 
Nie, tego to nikt nie chce. Ale pokój, tak czy siak, trzeba ogarnąć. Więc tym razem trochę ustępujemy i negocjujemy warunki spokoju w pokoju. Kto by nie ustąpił przed takimi argumentami?

środa, 21 lutego 2018

I po co drążyć temat?

Inaczej mówiąc, czy faktycznie warto wgłębiać się w to, o czym nam mówi dziecko.
 
Zacznę jednak od drugiej strony, czyli gdy to dziecko usilnie drąży coś, o czym zupełnie nie wiemy jak opowiadać.
 
Wakacje. Morze. Słońce. Skrzat szczęśliwy. Zbiera tony pamiątek z wakacji, czyli muszelek, kamyczków, szyszek, patyków i wszystkiego innego, co nie jest na trwałe przymocowane do podłoża. Jest wyraźnie zawiedziony, gdy nie może zabrać ze sobą około trzykilogramowego kamulca bądź kija większego od niego samego. Z drugiej strony widząc, że wyłowiona z wody rozgwiazda szybko traci kolor, zgadza się bez problemu na wrzucenie jej z powrotem do wody, żeby nie "umrzała". To raczej dobrze, nie?
 
Wieczorem przychodzi do naszej sypialni i z poważną miną kładzie nam na stolikach nocnych po szyszce.
- To dla was. Prezent.
- Super! Jesteś kochany! Możemy nimi wspaniale ozdobić nasze stoliki nocne!
- Jak chcecie, to możecie się w nocy nimi pobawić - stwierdza poważnie i idzie do swojego łóżeczka.
 
Rewelacja, właśnie takich gadżetów nam brakowało do zabaw w nocy...
 
Rano śniadanie na balkonie. Kawa, dżem figowy i świeże bułeczki.
 
- Tata, bawiliście się w nocy szyszkami?
- Tak, jasne, że tak... - kiwam głową smarując pieczywo masłem.
- Opowiedz jak!
 
No i tu mnie zastrzelił. Co powiedzieć malcowi na temat zabaw dorosłych w nocy. Z szyszką. Wybawieniem okazała się Mama.
 
- No, jak to jak? Podrzucaliśmy sobie, turlaliśmy po poduszkach, a nawet można zrobić masaż pleców szyszką...
 
Naprawdę, w takich momentach jeszcze mocniej doceniam, po co jest Mama.
 
Już u siebie w domu, któregoś wieczoru Skrzat idzie do łóżka i mija mnie w przedpokoju.
 
- Matka już mnie nie drażni - rzuca w przelocie i ładuje się do łóżka.
 
"Super" - myślę i siadam przed telewizorem. Po chwili jednak zaczynam się zastanawiać, o co w tym może chodzić. Znów jakaś sprzeczka przy myciu zębów? Dyskusja o tym, ile płynu do kąpieli można wlać na jeden raz? Pogadanka na temat konieczności wysikania się przed snem? I przede wszystkim, dlaczego tak oficjalnie: "matka"?
Idę do pokoju Skrzata. Drążyć temat.
 
- A czym ciebie mama drażniła?
- No, matka drażniła, ale już jest dobrze.
- Ale o co chodziło?
- Drażniła, ale już nie drażni...
 
Tak to do niczego nie dojdziemy.
 
- Skrzat, ja wiem, że rodzice czasem mogą być denerwujący. Bo coś wymagamy, albo chcielibyśmy żebyś się czegoś nauczył, co ci się przyda. No niestety, taka jest rola rodziców. I czasami możemy drażnić, tym, że w kółko coś powtarzamy.
 
Malec patrzy na mnie jak na kretyna. Wreszcie ściąga koszulę od piżamy i pokazuje wystrzępiony kawałek materiału.
 
- Matka mnie drażniła w plecy. Ale mama mi odcięła i już jest dobrze. A o co chodzi?
 
No tak, durny ja. Matka...
 
Ostatnio Skrzatowi zbyt często zdarza się też przesadzanie w zabawach z jego najlepszym kolegą. A to na niego wpadnie, a to wskoczy. I zdarza się, że tamten jest zły na Skrzata. Słusznie zresztą. Tłumaczymy w kółko Skrzatowi, że jeśli przez niego kolega będzie płakał, to niestety, w końcu odechce mu się z nim bawić. A z tego raczej nikt nie będzie zadowolony, tak więc musi więcej zwracać uwagę, żeby nikomu nie zrobić krzywdy w zabawie.
Jedziemy w samochodzie.
- Skrzat, jak dzisiaj było w przedszkolu?
- Fajnie...
- Ale wiesz, że fajnie to niczego nie wyjaśnia. W co najfajniejszego się bawiłeś?
- Budowaliśmy wieże. Takie wielkie.
- A z twoim najlepszym kolegą? Nie płakał przez ciebie?
- Nie.
- Świetnie. I nie wpadałeś na niego przez przypadek albo specjalnie?
- No, nie.
- To dobrze, że uważasz podczas zabawy. Nic mu nie zabierałeś?
- No, nie...
- Naprawdę, dobrze, że się starałeś.
Jedziemy jakieś trzy minuty. Nagle przychodzi mi do głowy jeszcze jedno pytanie.
- Skrzat, a twój kolega w ogóle był dzisiaj w przedszkolu?
- Nie, od dwóch dni choruje...
No, i po co drążyć?
 
Czasem znów to my jesteśmy szczęśliwi, że ktoś nie drąży jakiegoś tematu.
Ponad rok temu Skrzat miał badania w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Cała masa testów, rysunków, pytań, zadań. Był to jeszcze u niego etap, gdy dopiero poznawał, że kredka nie służy do zamazywania całej kartki jednym kolorem. Umiał już rysować proste kształty, kółka, krzyżyki, domki z kwadratów.
 
Pani psycholog po skończonych testach pokazuje nam kartkę, całą zamalowaną krzyżykami.
- To jest jego rysunek.
- ...
- Zapytałam go, co narysował. Powiedział, że to krzyż, żebym się mogła pomodlić...
 
Dobra, tak szczerze mówiąc to staramy się chodzić do Kościoła co niedzielę i wstyd powiedzieć, nie zawsze to się udaje. Poza tym klasycznie: Wielkanoc, Boże Narodzenie, Wszystkich Świętych.
Ale chyba pani psycholog nie uwierzy, że nie mamy odchylenia religijnego.
Na szczęście, nie drążyła...